przeprowadzka

klik klik –>http://chwilowa-irytacja.blogspot.co.uk/

Reklamy

nowe idzie

Jutro mój pierwszy trening dla nowej firmy. Transport do Northampton udało mi się załatwić w ostatniej chwili i nie będzie mnie to kosztowało ani pensa! Ha, taka jestem zdolna. Paznokcie właśnie pomalowałam, przygotowałam bluzkę i spodnie, teraz muszę odkopać w kartonach moje dyplomy i certyfikaty ze wszystkich szkoleń, a na koniec zrobić barszcz i krokiety w wersji light.
Przedwczoraj w nocy wylądowałam w szpitalu i od tamtej pory nie jestem w stanie zjeść nic smażonego ani wysokokalorycznego. Noc na ostrym dyżurze, lejąca się po rękach krew (to akurat wina niedoświadczonej pielęgniarki z Filipin), rzygający za zasłonką facet, dwa zastrzyki, kroplówki… brzmi świetnie, nie? :) Polecam, rozrywka gwarantowana. Szkoda tylko, że nie mogłam w pełni wykorzystać tej zabawy, bo do łóżka przybita byłam ostrym bólem brzucha. Byle do następnego razu hej!

Wracając do tematu szkolenia – do wczoraj nie byłam pewna, czy mam tę pracę, czy nie. Ostatnia firma, do której aplikowałam zmieniła zdanie na jeden dzień przed końcem okresu mojego wypowiedzenia (do złożenia którego sami mnie zachęcali miesiąc wcześniej) i zostałam na lodzie. Dlatego teraz, mimo tak zwanej warunkowej oferty pracy nie byłam pewna, czy i tym razem jeden dzień przed starting date nie zadzwonią i nie podziekują. Tym razem wzięłam sprawy w swoje ręce i ich ubiegłam :) sama zadzwoniłam, chcąc potwierdzić datę szkolenia i moją obecność na nim. Jakie było moje zdziwienie i ogromna radość, gdy pani managerka potwierdziła wszystko i powiedziała, że już nie może się  doczekać aby mieć mnie u siebie w firmie. You made my day, woman!

Czyli to już. Jutro moving and handling, a za tydzień zaczynam pozostałe szkolenia i pracę. Jestem szczęśliwa i tak samo bardzo przerażona. Nigdy nie pracowałam jako rehabilitation assistant. To grubsza sprawa, nie ma co porównywać do bycia carerem. Już czuję ten ciężar odpowiedzialności na swoich ramionach. Ale będzie dobrze, nie? Teraz tylko myślę o jakimś nowym domku bliżej Bedford Park, bo mieszkanie w starym wiktoriańskim domu podzielonym na mieszkania miało swój urok dopóki do mieszkania pod nami nie wprowadziła się młoda para brytyjskich panków, ktorzy chleją, awanturują się i palą trawkę co drugi dzień. Palą tak, że cała klatka schodowa i mój prywatny korytarz cuchną na potęgę. A nie jestem pewna czy chcę być tą, która zadzwoni po policję. Trochę strach..

wielbłądy na horyzoncie

W chwilowym życiu przeprowadzki to dość częste zjawisko. Na tyle częste, że przywykłam do życia na tak zwanych kartonach i czasem niektórych z nich już nie rozpakowuję.
Kiedy wczoraj wybrałam się na lunch z moją przyjaciółką Phil, utwierdziła mnie ona w przekonaniu, że rozpakowywanie się w naszym przypadku (moim i jej) kompletnie nie ma sensu, bo za chwilę znów będziemy się przeprowadzać, wyjeżdżać, pojawią się nowe możliwości albo coś się spieprzy i trzeba będzie szukać nowego miejsca do życia.

Tak jak powiedziała, tak też się stało i w trakcie naszego przyjemnego jesiennego spaceru w kierunku centrum miasta, zadzwonił brat Phil i oznajmił, że właśnie kupił nieruchomość w Maroku i potrzebuje dwóch managerów do prowadzenia biznesu. Tego samego dnia wspaniała szansa zawodowa mojego małżona zawisła na włosku i chyba powoli zdycha, a sąsiedzi spod trójki doprowadzili mnie do ataku kurwicy, która przerodziła się w dwudniową migrenę. Zaczęłam przeglądać domy na wynajem (mieszkanie to jednak nie to), a nawet zastanawiać się nad aplikowaniem do jakiegoś szpitala w Londynie. Ale Londyn… miasto potwór, chyba nie jestem na to gotowa. No więc gdzie? Milton Keynes to betonowy twór z lat 60, zaprojektowany przez kogoś, komu tylko zdawało się, że miał pomysł i wizję. Luton to polaczkowo, zagłębie kryminalne i zero klimatu. Cambridge i Oxford to za wysoka poprzeczka dla nas.. a w Birmingham mieszka ktoś, kogo nie chcę nigdy więcej w życiu widzieć. Chwilowo jestem w kropce i nerwowo przeglądam internetowe agencje wynajmu. I ceny biletów do Maroka. No bo całkiem fajnie było by spędzić przyszłe święta na wielbłądzie, nie? :)

operacja

Ostatnich kilka dni to trzy wizyty w przychodni i dwie wizyty w szpitalu. Efekt to podniesienie mi dawek insuliny i tabletek oraz skierowanie na operację. Akurat teraz, kiedy za rogiem czeka na mnie nowa, świetna praca i kiedy mój mąż ma zamiar rejestrować własną działalność i zwalniać się ze starej pracy. Akurat kiedy nie mamy pieniędzy. To jakiś żart jest. A najlepsze jest to, że już nie mogę doczekać się tej operacji!

czasem trzeba

Ciężko ostatnio pracuję. Nad sobą głównie pracuję. Staram się być silniejsza i asertywna. Staram się wyjść z depresji. Staram się dostać dobrą pracę i utrzymać się na powierzchni. Wszystko jest skomplikowane i ma wiele poziomów. Czasem ich nie ogarniam, czasem trzasnę to wszystko i zamykam drzwi, cierpliwie znosząc złośliwe i nietrafione komentarze. A czasem mam już ich dość i wypluwam z siebie kilka gorzkich słów. Głównie w stosunku do mojej matki nie mam już cierpliwości. Od nowa czuję, że nasze relacje mają wyjątkowo destruktywny wpływ na mnie i moje życie. Niestety, nie jestem psychologiem i nie jestem w stanie rozwiązać jej problemów. I nie mogę być taka, jaką ona chciałaby mnie widzieć. To boli, i ją i mnie. Ale nie mogę sobie pozwolić na kolejne załamanie i manipulacje. Coś czuję, że tym razem to będzie dla nas obu bolesny policzek. Ehh, czasem trzeba…

Listopad

Mijaja tygodnie, dni i miesiace. Zyje w biegu, zmeczeniu i nieladzie. Wstaje przed 5 rano, wypijam kawe w codziennym chaosie, susze wlosy, rozrzucam skarpetki, reczniki i czasopisma, na ktore nie mam czasu. Dosypiam w autobusach i licze przystanki do nastepnego papierosa. Czekam na grudzien. To znaczy staram sie przezyc i przeczekac. Duzo do opowiedzenia mam, ale blogowanie contra el barco wieczorowa pora zdecydowanie zwycieza. Bedford strasznie syfiaste o tej porze roku. Az grype zlapalam.. I konkretnego lenia.

image