Zamiast skasować komentarz skasowałam notkę. Bez komentarza. Dziękuję.
romans kłótnia i urlop
Zabukowałam sobie bilet, wzięłam urlop w pracy i pełna emocji leciałam do Polski na 85 urodziny mojego dziadka i urodziny mojej mamy. W międzyczasie moja droga Philomena wdała się w kłótnie z bratem i romans z lokalsem, czyli Scottem. Sytuacja gęstniała z każdym dniem, szczególnie od momentu, kiedy postanowiłam odwiedzić Phil wczesnym rankiem (tuż po mojej wizycie w przychodni). Drzwi otworzył jej wspomniany brat i od razu przeszedł do rzeczy. Czyli do litanii. Bez dzień dobry. Bez znieczulenia. Słabo mi było, nie wiem, czy na skutek jego zarzutów w stosunku do mojej dobrej koleżanki, a jego siostry, czy od pobranej przed chwilą krwi w dość znacznej ilości. Bardzo się zdziwiłam, a moje zdziwienie szybko przerodziło się w zniesmaczenie i złość, no bo takich taktyk i zagrywek fanką nie jestem, tym bardziej, że z panem bratem znamy się średnio i widujemy się tylko przelotem z powodu Phil właśnie. Dlatego nie wdawałam się z nim w dyskusje, oświadczyłam mu jedynie, że jest mi niezmiernie przykro słyszeć te wszystkie okropności na temat Phil i że ja niestety znam zupełnie inną wersję wydarzeń ( mniejsza o co chodziło ) i będę się trzymała z dala od. Oczywiście ciąg dalszy bardzo łatwy był do przewidzenia, czyli brat z piskiem opon odjeżdża, ja blada toczę się do domu rowerem, po kilku godzinach wpada Phil, ja jej zdaję relację, ona mnie przeprasza za bobka, brata swego, i zalewa się łzami… i tak dalej, i tak dalej… A ten przydługi wstęp posłużył mi jedynie jako wyjaśnienie faktu, że Phil na czas mojej nieobecności zamieszkała w naszym małym domku ze swoim lokalsem kochankiem. Mało tego. Pozbyła się mojego męża, płacąc za jego bilet. No więc nie miałam wyjścia. Pojechaliśmy do Polski razem. I codziennie zastanawiałam się, ile razy będą “to” robić na moim łóżku. No kretynka. Po powrocie zastałam jedynie złamaną deskę w narożniku. A sam wyjazd był nieudany. Do dupy no. Ani pogoda, ani załatwianie spraw, ani zdrowie, ani przyjaciele, ani rodzina. Nic nie dopisało. Ale przecież to było do przewidzenia :) Idealnym ukoronowaniem powrotu do domu (tak, do Wielkiej Brytanii) była koszmarna mgła i nisko zawieszone chmury, przez które nasz mały samolot przebijał się dobre 40 minut, zamiast planowanych 10. Ale wylądowaliśmy, no i jesteśmy. Poniżej relacja z lądowania. A jeszcze niżej urlop w kawałkach, bez ładu i składu, czyli jak zwykle :) enjoy! 

Aa, zapomniałam dodać, że romans z lokalsem zakończył się z hukiem, ale chyba nie na długo :) dom wygląda normalnie, huraganu nie było, za pracą jeszcze nie tęsknię, teściowa dała mi jakiś rosnący w słoiczku kryształ miłości (nie pytajcie…) a w poniedziałek szefowa wzywa mnie o 11.00 na rozmowę. Wróciłam! Yes!
wróciłam
I jestem potwornie zmęczona.Padam na twarz, dosłownie.
ulropu!
Jeszcze 11 dni i wsiądę w samolot i będę miała w głębokim poważaniu absolutnie wszystko, co nie łączy się ze słowem “urlop” i “relaks”. Marzy mi się spacer nad Odrą, gorąca czekolada w kafejce pod Wrocławską katedrą, zabawa z moim psem i leniwe przeglądanie polskich gazet na kanapie w salonie rodziców. Takie proste i bardzo zwyczajne czynności, za którymi czasami mi się tu tęskni. A za czym wy tęsknicie?
fajne blogi i niefajna codzienność
Ludzie przestają pisać blogi. Ciekawi ludzie. Przestają pisać fajne blogi. Martwi mnie to. Nie przestawajcie, bo ja innnych przyjaciół po za waszymi blogami nie mam. Taka antyspołeczna jestem, o :)
A chcenie i życie codzienne, to realne, to dwa odległe światy. Jedno sobie, drugie sobie. Wali się i sypie, no ale cóż z tego?
beznadzieja
Właściwie, to nie wiem co i czy pisać. Wszystko zrobiło się beznadziejne. A w tym wszystkim ja. Najbardziej. I bardziej się już nie da. Dobranoc.
może ma, może nie ma.
Dużo się dzieje. I jednocześnie jeszcze nic. Szykuję się na duże zmiany, o których jakiś czas temu wspominałam. Właściwie tylko kwestie finansowe stoją na przeszkodzie, więc staram się znaleźć optymalne dla siebie rozwiązanie. Odchorowuję to bardzo (fizycznie i psychicznie), ale coś mimo wszystko pcha mnie do przodu. To nic, że to, co przede mną to samotność, ciężka praca, ciąganie się po sądach. Muszę wierzyć w to, że za zakrętem coś lub ktoś na mnie czeka. Bo inaczej to wszystko nie miało by przecież sensu. I może nie ma…